Bohaterowie

Bohaterowie

piątek, 7 lutego 2014

Rozdział 2


                                                           Imagine Dragons- Demons
 LUCY POV: 
    Dziwny chłopak. Mam coś na czole? Ciągle się gapił i uśmiechał.
-Będziemy tak stać?- spytałam po długiej niezręcznej ciszy. -Jest już zimno, musimy iść, zanim wrócą rodzice prawda Meg? Szturchałam ją, lecz nic do niej nie docierało, wpatrywała się w Matta jak w anioła.
-Meg!- powiedziałam podwyższonym tonem.
-Coś mówiłaś?- spytała nadal wpatrując się w Matta.
-Idziemy do domu.- chwyciłam ją za rękę i zaczęłam prowadzić w przeciwną uliczkę. Z tyłu usłyszałam męski głos.
-Tak bez pożegnania?- spytał Justin z zadziornym uśmiechem na twarzy.
-Do zobaczenia.- posłałam mu lekki uśmiech, po czym odwróciłam głowę i dalej ciągnęłam Meg.
- kolega Justina robi jutro domówkę, wpadajcie jak chcecie. Mieszka niedaleko.- powiedział Matt.
-Przyjdziemy.- palnęłam, po czym szybko ugryzłam się w język.
-Lucy puść to boli!- jęczała Meg
-Gdyby nie ja, nadal byś tam stała i wpatrywała w tego kolesia. Nawet o nim nie myśl. Nie wygląda na grzecznego chłopca.
-I kto to mówi?- powiedziała pół śmiechem.- Widziałam jak się gapiłaś na Justina, tylko udajesz twardą, a w duszy klękasz przez jego oczy.
-Skończ, zaraz wrócą moi rodzice, muszę sprzątnąć alkohol z mieszkania, bo mnie zabiją, gdy to zobaczą.
 Meg pokiwała głową i szeroko się uśmiechnęła.
-Panno Lucy, niedługo szykujemy się na domówkę!- szurnęła mnie i zaczęła podskakiwać.
-Ciekawe jak to zrobimy, hmmm?-spytałam
- Normalnie, nikt nie musi o tym wiedzieć, powiesz rodzicom, że nocujesz u mnie i wszystko załatwione. Dziewczyno głowa do góry! Musimy ich bliżej poznać.
-Nie chcę o tym myśleć!
 Na końcu ulicy zauważyłam zbliżający się samochód rodziców. Szybko szarpnęłam Meg i zaczęłam biec w kierunku drzwi.
-Kurwa.- cicho wymruczałam.- Szybko wbiegłyśmy po schodach i zaczęłyśmy zbierać puste butelki Jacka Danielsa i innych alkoholi. Gdyby Michel był w mieszkaniu, cała wina spadłaby na niego, że nas nie dopilnował. Jednak mimo wszystko ja też bym oberwała. W oczach rodziców jestem dzieckiem, który ma być posłuszne 24 godziny na dobę. Jednak czas to zmienić. Od razu pomyślałam o jutrzejszej imprezie. Sama siebie nie poznaję. Chwyciłam w dłonie ostatnie butelki i razem z Meg udałyśmy się do mojego pokoju na górze. Po 5 minutach mama pojawiła się w pokoju. Zastała nas grzecznie śpiących w łóżku. Kątem oka widziałam jak się do siebie uśmiecha. To był dobry znak. Kiedy wyszła przykryłam Meg cieplej, a sama położyłam się na kanapie która stała w rogu pokoju. Łóżko spokojnie zmieściłoby dwie osoby, lecz przeszkodą było to, że Meg strasznie kopała. Przykryłam się kocem i po chwili zasnęłam
 Obudziłam się na mokrej trawie, było mi bardzo zimno. Brana jedynie w dużej koszuli. Miejsce w którym się znajdowałam było mi nieznane. Był to jakiś lasek. Niedaleko mnie znajdował się drewniany dom. Dom wyglądał na opuszczony. Rozglądałam się w około i poczułam czyjeś ręce, które gwałtownie zakrywają mi usta, by stłumić mój krzyk. Była to zakapturzona postać, nie mogłam zauważyć jego twarzy, jednak po jego posturze mogłam stwierdzić, że był to mężczyzna. Przycisnął mnie do drzewa i zaczął podduszać. Próbowałam się wyrwać, lecz był zbyt silny. Zaczął łapczywie dotykać moich bioder i nóg. Błagałam i piszczałam by przestał, lecz ten w zamian mocno walnął miom ciałem o podpierające drzewo. Czułam zarówno ból fizyczny jak i psychiczny. Wędrował swoją dłonią po moim ciele i kierował pod koszulę. Zdołałam wyrwać się z jego uścisku, jednak po chwil zostałam uderzona pięścią w brzuch. Ten ból był nie do opisania. Mężczyzna pochylił się nad moim skulonym ciałem. I wtedy mogłam zobaczyć jego twarz, lecz było za późno
 Obudziłam się spocona i roztrzęsiona. Obok mnie była Meg, przytulała mnie i uspakajała.
-Już cicho skarbie jest wszystko w porządku to tylko zły sen. -powtarzała.
- Znowu to samo. - wyjęczałam. -Ten sam sen, śnił mi się już kilka nocy wcześniej.- Moje dłonie drżały. Bałam się, by znowu nie zmrużyć oczu, gdy ten sen mógł wrócić.
-Ciiiii.. nie bój się, jestem tutaj. Krzyczałaś, wiedziałam, że masz jakiś koszmar.- powiedziała
-Dziękuje. - powiedziałam drżącym głosem.
-Nie masz za co skarbie to jest moje zadanie, zapomnij o tym śnie, nie myśl o tym. Pójdziemy coś zjeść? Jestem strasznie głodna, ty na pewno też.- powiedziała z szerokim uśmiechem na twarzy
-Skoro tak to chodźmy.- powoli zeszłam z łózka i włożyłam ciepły szlafrok wiszący na fotelu. Na dole całe szczęście nikogo nie było, pewnie dlatego, że jest weekend i rodzice nie muszą iść do pracy. Wszyscy spali, tylko my jak zombie chodzimy po kuchni.
-Co chcesz do jedzenia?- spytałam zaspanej przyjaciółki.
-Obojętnie, oby to było duże.- powiedziała, sprawdzając facebooka i twittera na moim laptopie.
-Clary wysłała zdjęcia z wczoraj. Chcesz zobaczyć?-  spytała.
-Okej. Zjemy płatki, może być?- spytałam.
-To bez znaczenia.
 Usiadłam obok niej i wpatrywałam się w przerzucane zdjęcia. Tak każdy wyglądał jak naćpany, ale pomińmy ten fakt. Nie wspominając już o mnie. Na każdym zdjęciu zamykałam oczy i dobierałam dziwne pozy. Moja siedemnastka, była szalona. Było całkiem fajnie. Przyglądałam się każdemu ze zdjęć i na jednym z nich w tle za mną zauważyłam zakapturzoną postać. Moje serce się zatrzymało.
-O mój Boże.- wydyszałam.
-Coś nie tak?- spytała zdziwiona Meg.
-Widzisz to co ja? Widzisz tego kolesia z tyłu? Co on do cholery robił na moich urodzinach?
-Nie mam pojęcia, nigdy wcześniej go nie widziałam.- powiedziała Meg, przybliżając zdjęcie.
-On wygląda jak ten mężczyzna ze snu. Ja już głupieje. Mam halucynacje.
-Nie Lucy, nie masz, ja też go widzę. Może to kolega Michela?
-Michel, wyszedł po godzinie. Nie uważasz, że wziąłby go ze sobą?
-Masz rację. Zamierzasz coś z tym zrobić? Zgłosić to na policje?- Spytała, w jej oczach można było dostrzec strach. Nic w tym dziwnego.
-I co powiem? Że jakiś chłopak przyszedł bez zaproszenia na moje urodziny? Wyśmieją mnie!
-To przynajmniej powiedzmy o tym rodzicom! To nie jest normalne, że ten gość dręczy cię w snach, a zarazem zjawia się na twoich urodzinach i wszystko obserwuje.
-Gdy powiem rodzicom, nigdzie mnie nie wypuszczą. Będą kontrolowali gdzie jestem i o której wrócę. Nawet do szkoły nie będę mogła iść spokojnie.
-Nie możemy tego tak zostawić! Spójrz na niego, on nie wygląda na niewinnego. Kto normalny chowa twarz za kapturem? Czemu nikt go nie zauważył?
-Meg, co z dzisiejszą domówką? Nie wiem, czy to dobry pomysł.- powiedziałam z obawą ignorując jej wcześniejsze pytanie.
-I co? I teraz z wszystkiego rezygnujemy? Tylko dlatego, że jakiś koleś chciał nas przestraszyć? Nie możemy siedzieć w domu przez całe życie z tego powodu.
-Co się dzieje?- spytała mama, wchodząc do kuchni z kubkiem kawy.
-Nic takiego, rozmawiamy o wczoraj.- szybko odpowiedziałam.
-Rozumiem i jak się bawiliście? Nie obwinicie mnie, że mnie nie było?
-Było całkiem fajnie, wszystko było pod kontrolą, jeśli to cię interesuje. A z obwinianiem to nie wiem.- powiedziałam lekko się uśmiechając.
-Oj daj spokój, przestań udawać.- powiedziała mama, puszczając mi oko.
-Okej skoro tego chcesz.-Mama chwyciła gazetę i uśmiechając się wyszła z kuchni.
-Mamo, czy mogę przenocować u Meg?- Podejrzliwie spojrzała na Meg.
-Nie ma sprawy, o ile nie robi to jej kłopotu.
-Nie, wręcz przeciwnie to żaden kłopot pani Brown- tłumaczyła się Meg.
-Lucy tylko wróć na niedzielę.
-Wrócę na pewno.- posłałam jej sztuczny uśmiech. Źle się czułam kiedy oszukiwałam mamę. Postanowiłam o tym nie myśleć. Zjadłyśmy płatki, które chwilę wcześniej zrobiłam i poszłyśmy się pakować. Przebrałam się z piżamy w zwykłe szorty i koszulkę w kratkę.  Zabrałam najważniejsze rzeczy i wpakowałam do małej torby. Jedynak nie pomyślałam o ciuchach na wieczór.
-Co z ubraniami na wieczór? Nie chcę by mama miała jakieś podejrzenia.
-Pożyczę ci swoje, o to nie musisz się martwić.
 Pomogłam Meg zbierać jej ciuchy i poszłam do pokoju Michela, żeby wziąć aparat. Michel nadal spał więc obyło się bez pytania. Cicho przymknęłam drzwi i zeszłam na dół.
- Mamo my już idziemy, mamy jeszcze zamiar pochodzić po sklepach.- tym razem mówiłam prawdę.
-Dobrze. Bądźcie ostrożnie.- Żeby to było takie łatwe mamo.- pomyślałam.
 Chwyciłam swoje kurtkę, założyłam trampki i razem z Meg udałam się do centrum miasta. Miałyśmy zamiar kupić jakieś ciuchy. Po godzinie chodzenia,wyczerpane wróciłyśmy do domu.
- Dzień dobry.- przywitałam mamę Meg.
-Cześć dziewczyny! Wybieram się na dyżur do szpitala. Poradzicie sobie?
-Pewnie, że tak, możesz  spokojna mamo.- odparła Meg.
-Zostawiłam wam naleśniki w lodówce, odgrzejcie sobie, a ja wychodzę.
 Rodzice Meg niezbyt się nią interesowali, rzadko kiedy byli w domu, dlatego większość czasu spędza u mnie. Kiedyś chcieli się rozwieść, jednak pogodzili się i nadal są razem. Szczerze współczuję mojej przyjaciółce, chociaż moi są zbyt nadopiekuńczy, ale przynajmniej mam w nich pełne wsparcie.
 Zjadłyśmy naleśniki i poszłyśmy oglądać tv. Mój smartfon zaczął wibrować. Było to zaproszenie na facebooku. Zostałaś dołączona do grupy 'Impreza u Nick'a '. Dziwnie iść do domu człowieka, którego nigdy w życiu się nie widziało. Mam nadzieję, że nie są żadnymi bandytami, po tym jak zobaczyłam na moim zdjęciu tego kolesia, wszystkiego się obawiam. Mój telefon zaczął znowu wibrować. Tym razem dzwonił do mnie jakiś numer. Domyśliłam się, że to Matt, nie zapisałam jego numeru.
-Słucham?- powiedziałam wesołym głosem..
-Hej piękna, pamiętasz mnie z wczoraj?- spytał.
-Nie nie pamiętam, do rzeczy.- zażartowałam.
-Chcecie ze mną podjechać do Nicka? Jestem autem Justina, on musi załatwić swoje sprawy, wpadnie później i pomyślałem, że pojedziemy razem, bo to niebezpieczne, by takie dziewczyny, chodziły późno nocą same.
-To dziwne, że nagle zacząłeś się o nas martwić.- spojrzałam ukrytkiem na Meg.- Jak możesz to po nas przyjedź.- powiedziałam na co ona lekko się uśmiechnęła.
-Okej to widzimy się za godzinkę. Do zobaczenia.- po chwili rozłączył telefon.
- Meg, idziemy się szykować.- Szeroko się uśmiechnęłam na co ona zaczęła piszczeć. - Głupek.- powiedziałam przez co oberwałam poduszką.- Ty jędzo.- krzyknęłam i zaczęłam ją gonić.
- Nie! Koniec zabawy, spokój! Ubieramy się.- powiedziała Meg pół śmiechem.
-Nie wierze, że słyszę to z twoich ust. Jesteś taka poważna.- odparłam sarkazmem na co wybuchła śmiechem.- Pokaż mi w co mam się ubrać.- Meg otworzyła szafę i po krótkim namyśle, rzuciła w moją stronę czarne rurki i luźną błyszczącą koszulę na ramiączka. Właśnie tak jak chciałam się ubrać. Meg ubrała się podobnie. Poszłam zrobić sobie makijaż. Postawiłam na naturalność. Był potrzebny tylko podkład i maskara. Kiedy skończyłam swój makijaż. Zajęłam się Meg. Postanowiłam zakręcić jej włosy, bo tak było jej najlepiej. Po 30 minutach obie byłyśmy w pełni gotowe. Przyznam, że już drugi dzień jestem zadowolona ze swojego wyglądu. Chwyciłam skórzaną kurtkę i wyszłam przed mieszkanie. Na zewnątrz było całkiem ciepło jak na sobotni wieczór. Usiadłyśmy na schodach i cierpliwie czekałyśmy na samochód Matta. Po niedługim czasie zjawił się z piskiem opon. Otworzył okno lekko wychylając głowę po czym gwizdnął pod nosem.- Mięły 24 godziny odkąd się widzieliśmy, a już was nie poznaje.- łobuzersko się uśmiechnął spoglądając na mnie i zatrzymując się wzrokiem na Meg. Na jej twarzy można było zauważyć lekki uśmiech i rumiane policzki.- Wsiadacie?- spytał, a my ruszyłyśmy w stronę jego (to znaczy Justina) samochodu.
-Siadaj z przodu.- powiedziałam na co pokiwała głową. Podróż nie trwała zbyt długo, Meg rozmawiała z Mattem na różne tematy, a ja odpływałam w myślach. Nawet nie zorientowałam się, że jesteśmy na miejscu. Muzyka była słyszana w całej okolicy. Sąsiedzi musieli być niezwykle życzliwi. Razem skierowałyśmy się do wejścia. Matt szedł za nami rozmawiając z jakimś chłopakiem. W mieszkaniu chłopaka było tłoczno, domówka była otwarta dla wszystkich, dlatego się nie dziwię. Chwyciłam Meg za rękę przepychając się na środek i zaczęłam skakać w rytmie grającej muzyki. Matt zniknął gdzieś w tłumie, a Meg najwidoczniej szukała go wzrokiem.
-Nie martw się zaraz się zjawi.-krzyknęłam do niej tak, by mnie usłyszała.
-Wiem. To co tańczymy?- uśmiechnęła się i dołączyła do mnie wyginając się w rytmie do piosenki LINK
W oddali zauważyłam Matta, który się do nas zbliża.
-Twój książę.- uśmiechnęłam się do Meg na co od razu się odwróciła.
-Zatańczysz?- spytał ją uśmiechnięty Matt.
-Pewnie.- odpowiedziała, w jej oczach można było dostrzec zmieszanie.
-Ja pójdę się czegoś napić.- powiedziałam do nich i powoli się oddalałam. Usiadłam obok stoliku na którym stały drinki.Podwinęłam nogi i zaczęłam roglądać się po sali z nadzieją, że może zobaczę przystojnego chłopaka. Chodziło mi bardziej o Justina. Przypominając sobie jego uśmiech momentalnie poprawił mi się humor. Mój wzrok spoczął na kimś innym. Stał centralnie naprzeciwko mnie i wyglądał podejrzanie, od razu przypomniałam sobie mój sen. Niespokojnie się wiercąc, chwyciłam po kieliszek z drinkiem i szybko go wypiłam. Piłam tak ciągle o niczym nie myśląc, chciałam zapomnieć o tym paskudnym koszmarze. Czułam jak odlatuję, jak wszystkie moje emocje znikają. Oparłam się o ścianę i na chwilę przysnęłam. Kiedy się obudziłam w tym samym miejscu obok mnie siedział mężczyzna. Wyglądał na 20-25 lat. Niebezpiecznie się do mnie przysuwał. Mimo, że byłam pijana kontrolowałam to co się działo. Facet zaczął się do mnie kleić, wykorzystując to w jakim stanie byłam. Po chwili zwlekania odepchnęłam go i wstałam. Starając się znaleźć wyjście przypadkiem na kogoś wpadłam. I to nie na byle kogo. To był Justin.
-Nie za dobrze z tobą.- powiedział szatyn wpatrując się w moje oczy.
-Myślałam, że cię nie będzie.- czułam jak mój język się plącze.
-Nie powinnaś siedzieć tu sama.Gdzie jest twoja przyjaciółka?- spytał.
-Myślisz, że wiem? Nie wiem, nie czuję się zbyt dobrze.- czułam mocny ból głowy.
-W takim razie idziesz ze mną.- powiedział po czym chwycił mnie za rękę i zaczął iść w stronę wyjścia.
-Nigdzie nie idę!- uparcie się zatrzymałam i tupnęłam nogą. Właściwie to nie wiem czemu tak zrobiłam. Na co on się uśmiechnął.- Trudno, sama tego chciałaś.- Chłopak chwycił mnie w tali i przerzucił przez ramię.
-Dupek- pisnęłam na co on tylko się uśmiechnął.
-Jesteś pijana.- powiedział wychodząc przez główne wyjście na zewnątrz. Zimny wiatr Zawiał w moje nogi.
-Gdzie mnie zabierasz?- spytałam z nadzieją, że odpowie.
-Zabieram cię do siebie. Nie sądzę, żebyś w takim stanie wróciła do domu. Skrzywiłam się po czym niespodzianie zasnęłam na jego rękach.
JUSTIN POV:
 Powoli położyłem jej drobne ciało na miejscu pasażera i odpaliłem samochód. Wyglądała tak niewinnie. Nawet, gdy była pijana. Nie znam tej dziewczyny, ale wydawało mi się jakbym ją gdzieś wcześniej widział, pomijając wczorajszą noc. To nie było możliwe, nie mogłem jej wcześniej widzieć. Zanim się przeprowadziłem do Toronto mieszkałem Birmingham musiałem się przeprowadzić, ponieważ mój starszy brat był dilerem narkotyków, policja go ciągle szuka. Nie chciałem mieć z tym nic wspólnego. I przyleciałem do mojego przyjaciela. Zamierzam zostać tu na jakiś czas. Szkołę mam za sobą, wiec nie ma z tym problemu.
 Kiedy dojechaliśmy na miejsce, było po trzeciej w nocy. Wziąłem ją na ręce i poszedłem do drzwi otwierając je kolanem. Postanowiłem zanieść ją do mojego pokoju. I tak zrobiłem. Ułożyłem ją na łóżku i przykryłem kocykiem, po czym na nią zerknąłem, była naprawdę ładna, miała w sobie coś co mnie do niej przyciągało. Chociaż jeszcze nie byłem tego świadomy. Popatrzyłem ostatni raz i wszyłem z pokoju. Nie miałem zamiaru iść spać. Musiałem odebrać Matta i powiadomić jej przyjaciółkę.





 

 

wtorek, 26 listopada 2013

Rozdział 1

Obudziłam się z mocnym bólem głowy, wszystko mnie bolało.
-No świetnie, czuję się gorzej niż kiedykolwiek i jeszcze w dzień moich urodzin.- wymamrotałam cicho pod nosem, po czym powoli wstając z łóżka sięgnęłam po swój telefon. Było już grubo po dziewiątej. Za parę godzin czeka mnie impreza zorganizowana przez moją mamę. Z tego co wiem będzie to spotkanie rodzinne,  co mnie bardzo dołuje. Nie przepadam za takiego typu niespodziankami. Odkąd pamiętam to właśnie tak świętuje moje urodziny. Chciałabym chociaż raz spędzić ten dzień z przyjaciółmi i znajomymi, ale oczywiście nie mam nic do gadania, zdanie mojej mamy jest ważniejsze.- przygnębiająco westchnęłam, szukając pod łóżkiem swoich pluszowych kapci, po chwili były już na moich stopach. Cicho zeszłam po schodach, tak by nikogo nie obudzić i skierowałam się do kuchni. Ku mojemu zdziwieniu rodzice już od dawna nie spali. Mama coś gotowała, a tata czytając gazetę, popijał kawę.
-Jak się spało Lucy?- usłyszałam głos mamy.
-Okropnie- odparłam bez jakichkolwiek uczuć.
-Coś się stało?- spytała ze zdziwieniem.
-Nie, tylko moja głowa..
-Wiem Lucy, że chcesz w ten sposób nas namówić do odwołania przyjęcia. Po za tym od tego nikt nie umarł- powiedziała lekko się uśmiechając
-Myślisz, że udaję? Jeśli tak to się naprawdę mylisz. Nie mam na nic ochoty. Powinnaś mnie zrozumieć- rzuciłam srogo.
-Wybacz skarbie, ale nie mogę, nie złość się, zaraz ci przejdzie.- głaskając mnie po głowie, wyszła z kuchni.
-Wszystkiego najlepszego Lucy.- rzekł tata, po czym wstał i dał mi buziaka w czoło.- Nie martw się, prezent dostaniesz później.- cicho się zaśmiał.
-Ja również się dołączam do życzeń. Wszystkiego najlepszego skarbie- za ściany krzyczała mama.
- Dziękuje- uśmiechnęłam się do nich życzliwie.
- No wiesz Lucy.. 17 lat to już poważny wiek, czas poważnie się zastanowić nad przyszłością, nie sądzisz? -spytał tata.
-Tak, ale nie chcę o tym rozmawiać dzisiaj. Czy to nie może poczekać?
-To zależy od ciebie. Tylko proszę, nie zaniedbuj swojej przyszłości.- rzekł prosząco.
-Spokojnie tato, obiecuje, że się nad tym porządnie zastanowię.
-W takim razie, mogę być już spokojny. Muszę jechać po zakupy, wrócę za 20 minut, trzymaj się skarbie- poklepał mnie po ramieniu.
 Zastanawia mnie fakt, dlaczego wszyscy martwią się o moją przyszłość, a ja nadzwyczajnie mam to głęboko gdzieś, żyję tym co jest teraz, a nie co będzie kiedyś. Zdaję sobie sprawę, że za za rok, będę w pełni odpowiedzialną osobą za siebie, że po liceum czekają mnie ciężkie studia i praca  ale czy to znaczy, że muszę zrezygnować z mojego beztroskiego życia i stać się taka jak moi rodzice. Nie, jeszcze tego nie chcę i nie zamierzam się tym przejmować.- moje myślenie przerwał dźwięk telefonu. Dzwoniła moja przyjaciółka Meg.
-Halo? - spytałam i po chwili usłyszałam głośny śpiew- "Sto lat, sto lat.."- Meg, nie śpiewaj, moje uszy.- rzekłam, po czy zaczęłam się głośno śmiać.
-Wiesz co?!- powiedziała z frustracją.- Mogłaś mi tego nie mówić. Lucy, życzę ci jak najlepszego życia, niech się nigdy nie kończy, niech nie będzie takie smutne jak do tond .- wyszeptała
-Meg, dziękuję za miłe życzenie, mam nadzieje, że kiedyś się spełnią- westchnęłam
-Mogę ci przysiąść, ze się spełni, a i jeszcze jedno. Kiedy się widzimy? Wyrobisz się do wieczora?-Spytała z nadzieją w głosie.
-Nie mam pojęcia, obawiam się, że moja rodzinka, przedłoży spotkanie. Coś wymyślę.-rzekłam
-W taki razie do zobaczenia wieczorem- rzuciła
-Ale Meg.. Halo !?- krzyknęłam zanim się zorientowałam, że Meg się rozłączyła.
-Coś się stało?- usłyszałam mamę.
-Taa..ymm.. nie, nic się nie stało.
-To dobrze, mam prośbę, czy mogłabyś obudzić swojego brata?
-Dobrze, zaraz go obudzę, powiedziałam i szybko poszłam do jego pokoju.
-Michel wstawaj, jest już późno, mama ma ci coś do powiedzenia.
-Wyjdź z mojego pokoju!- warkną
-Wstawaj w tej chwili!- chwyciłam poduszkę i rzuciłam w jego stronę i szybko zamknęłam, by od niego nie oberwać, po czym weszłam do pokoju obok. Otworzyłam szafę i dokładnie obejrzałam jej zawartość. Po chwili zastanowienia, stwierdziłam, że nie mam odpowiednich ubrań na dzisiejszy wieczór. Załamana chwyciłam wieszak z jakimś czarnym materiałem i moim oczom ukazała się piękna sukienka, którą kupiłam kilka miesięcy wcześniej. z radości wskoczyłam na łóżko i zaczęłam skakać jak głupia. W tym momencie do pokoju wszedł Michel, mój starszy braciszek.
-Chciałem z tobą pogadać, ale to chyba nie jest najlepszy pomysł- mówiąc te słowa spojrzał na mnie jak na idiotkę i skierował się w stronę wyjścia.
-Nie Michel, czekaj! Co chciałeś powiedzieć?
-Chciałem dać ci prezent- odparł cicho
-Serio, mówisz poważnie? Ty? Ty chcesz dać mi prezent?- zapytałam zaskoczona.
-Tak, bo jesteś moją siostrą i chcę ci podziękować, za to, że tak czule budzisz mnie każdego ranka.- odparł sarkastycznie.
-Ojej, jakie to kochane, nie musisz mi dziękować, podziękuj mamie.
-A mówiąc poważnie to wszystkiego najlepszego.- przytulił mnie i ze swojej dłoni wyciągną piękny naszyjnik z sercem na którym widniało moje imię.
-Michel, ja ciebie naprawdę nie poznaję. Nie musiałeś mi tego dawać. Wystarczyłyby mi twoje szczere życzenia.
-Chciałem, żebyś czasem o mnie pamiętała.
-Dziękuje ci to naprawdę miłe z twojej strony.
-To drobiazg, widzimy się potem, radze ci się streszczać.- posłał lekki uśmiech i wyszedł z pokoju, a ja w tym czasie zaczęłam się szykować. Wrzuciłam na siebie wcześniej przygotowaną,  a długie włosy związałam w wysokiego kucyka. Po chwili byłam już gotowa. dawno tak dobrze nie wyglądałam. Mam nadzieję, że ktoś to doceni. Zbiegłam na dół, by pokazać się mamie, ale nikogo nie zastałam.
-Mamo, gdzie jesteś?- spytała zdziwiona.
-Gdzie są wszyscy?!- krzyknęłam, ale nadal nie uzyskałam odpowiedzi. Dom był kompletnie pusty. Co dziwne nie dawno rozmawiałam z Michalem, a już mi zniknął z oczu. Zaczęłam się martwić, bo nikt mnie nie uprzedził. Sięgnęłam po telefon i wybrałam numer mamy.
-Halo?- usłyszałam jej głos, a moje obawy zniknęły.
-Mamo! Gdzie wy wszyscy jesteście?
-Wyjrzyj przez okno kochanie.- po jej głosie można było wyczytać, że coś ukrywa.
-Po co? Ukrywa.. O mój boże.- to co zobaczyłam przed mieszkaniem właśnie do mnie dotarło. Szybko narzuciłam na siebię kurtkę i wybiegłam na zewnątrz. Meg, która trzymała ogromny tort, moi rodzice, Michel i kilka innych osób z mojej klasy na mój widok zaczeli śpiewać 'Sto lat'. Nie wiedziałam jak mam zareagować to wszystko działo się tak szybko. Stałam jak głupia i wpatrywałam się na nich jak śpiewają.
-Dlaczego nie weszliście do środka?- spytałam zdziwiona, gdyby nie mama to nigdy bym się nie zorientowała.
-Nie weszliśmy do środka, bo byłoby za głośno i wtedy niespodzianka, by się nam nie udała. Ale teraz was zapraszam do środka.- powiedziała mama.
Kiedy wszyscy weszli ja skorzystałam z okazji i spytałam się mamy.
-Brakuje mi tu jednej osoby. Czemu nie ma tu cioci?- spytałam zaniepokojona.
-Wychodzi na to Lucy, że nie spędzimy razem twoich urodzin.- oznajmiła mama.
-Jak to?
-Ciocia, źle się czuje, musimy razem z tatą  jechać ją odwiedzić, ale nie martw się przyjęcie już się zaczęło. Michel wszystkiwgo dopilnuje. Bierze za wszystko odpowiedzialność. Przepraszam, ale nie wiedzieliśmy, że tak wyjdzie. Poradzisz sobie?- spytała.
-Tak, poradzę nie martwcie się o mnie, Meg mi pomoże w razie potrzeby. Pozdrów ciocię niech wraca do zdrowia.
-Dobrze, pozdrowię. Lucy skarbie proszę cię, nie puść domu z dymem.- powiedziała błagającym głosem.
-Spokojnie mamo obiecuję, a gdzie jest tata?
-Czeka na mnie już w samochodzie. Wrócimy do domu wieczorem, baw się dobrze i jeszcze raz przepraszam, że tak wyszło, ale martwię się o swoją siostrę.
-Nic się nie stało mamo to nie twoja wina, jedź już.- powiedziałam po czym szybko dałam jej buziaka i pobiegłam do mieszkania. Wszyscy siedzieli w salonie. Świeczki na stole były już zapalone.
-Teraz zdmuchnij świeczki i pomyśl życzenie.- powiedziała Clary, moja koleżanka z klasy. Moim życzeniem było jedno. Bardzo chciałam, by moje dotychczasowe życie się zmieniło. Żeby nie było takie monotonne i nudne. Żeby zaczęło się coś dziać. Uśmiechnęłam się i zdmuchnęłam. Dym ulotnił się w powietrzu. A ja chwyciłam nóż w dłonie i zaczęłam dzielić tort na mniejsze kawałki tak, żeby dla każdego starczyło. Zabawa powoli się rozkręcała, chciałam, żeby wszyscy dobrze się bawili. Miałam obawy, że moi sąsiedzi nie będą tacy mili. Było zbyt głośno na tą porę. Za oknem ogarnęła ciemność. Michela nadzwyczajnie nie interesowało to co się działo po za nim. Jest już dorosły, może nie odpowiada mu nasze towarzystwo, gdyby nie musiał nas pilnować na pewno, by gdzieś pojechał. Za rok mam 18 lat, myślę, że sama bym potrafiła dopilnować porządku.
-Michel coś się dzieje?- usiadłam obok niego.
-Nie, czemu pytasz? Idź się bawić to twoje urodziny.- powiedział sztucznie się uśmiechając.
-Wyglądasz na przygnębionego, bo wiesz, jeśli nie chcesz to nie musisz nas tu pilnować, jesteśmy w miarę rozumni nie spalimy ci domu.- powiedziałam rozbawiona.   
-Nie Lucy, mama by mnie zabiła, gdyby się dowiedziała.- powiedział
-A kto powiedział, że musi wiedzieć?- puściłam mu oczko.
-Skoro tak mówisz- westchną.- muszę zadzwonić do chłopaków, ale poradzicie sobie?
-Taak poradzimy! No idź już!- popychałam go z kanapy.
-Dobra, dobra już idę, wiem, że chcesz się mnie pozbyć, żeby mieć wolną chatę, ale że tak bardzo?- zaczął się śmiać.
-Oszczędź sobie, pozdrów chłopaków- rzuciłam mu kurtkę i wypchnęłam za drzwi. Nie mam pojęcia czemu tak nalegałam, ale przyda mu się trochę rozrywki. Urodziny dochodziły końca. Wszyscy się rozchodzili. Godzinę później nie było już nikogo. Byłam tylko ja i Meg. Rozłożyłyśmy się na łóżku i leżałyśmy patrząc się w sufit. Po chwili odpoczynku Meg szarpnęła mnie za nogi i zaczęła  ściągać z łóżka.
-Meg, co ty wyprawiasz?! - zaczęłam się śmiać. 
-Czas na prezent.- wyszczerzyła zęby.
-Jaki znowu prezent? - rzekłam zdziwiona. Meg pobiegła do salonu i szybko wróciła trzymając coś za sobą.
-Zamknij oczy i daj mi rękę.- powiedziała.
Nie śmiało wyciągnęłam dłonie w jej kierunku i poczułam miękką sierść. Szybko otworzyłam oczy i zobaczyłam puchatą kulkę, była to świnka morska.
-O mój boże. Jakie to słodkie. Dziękuje Meg!- rzuciłam się na nią tak, by nie uszkodzić zwierzaka.
-Nie ma za co, cieszę się, że ci się podoba . Miałam z nim wiele kłopotów, ciągle mi uciekał.- powiedziała z uśmiechem.
-Ona jest piękna!- rzuciłam
-On.. On jest piękny.- powiedziała ze śmiechem. Naszą rozmowę przerwał telefon. Byłam pewna, że dzwoni mama, jednak dzwonił nieznajomy numer.
-Słucham?
-Wyjdź na zewnątrz.- usłyszałam nieznajomy głos.
-Z kim rozmawiam?- spytałam w momencie kiedy się rozłączył.
-Kto dzwonił?- spytała Meg.
- Wyjdziesz ze mną spacer?
-O tej porze? Lucy dobrze się czujesz?- spytała z kpiną.
 -Proszę. Chodź ze mną.- powiedziałam z nadzieją w głosie
-Dobra, ale zaraz wracamy.
-Okej, obiecuję.- Szybko zaparłam mieszkanie i chwyciłam Meg za dłoń. Dopiero teraz poczułam niepokój. Dotarło do mnie, że nie powinnam się ruszać z domu.
-Lucy, wszystko okej?- spytała z niepokojem.
-Niee..- powiedziałam przerażona. Zobaczyłam grupę mężczyzn, którzy stali oparci o maskę i wypatrywali kogoś w oddali.
-Lucy? Co ty do diabła wyprawiasz? Wiesz, że to nie bezpieczne, wracajmy się do domu.
-Nie Meg, jeśli zaczniemy się wycofywać, mogą pójść za nami, może być jeszcze gorzej.
-Cześć.- za siebie usłyszałam męski głos na co się wzdrygałam.
-Spokojnie nie bójcie się, nic wam nie zrobię.- uśmiechnął się życzliwie.
-Dlaczego chciałeś się ze mną spotkać?- spytałam nieśmiało
-Chciałem się poznać z nową sąsiadką.
-Co masz na myśli?
-Od wczoraj mieszkam naprzeciwko ciebie. Jestem Matt.- podał dłoń w moim kierunku.
-Lucy- odwzajemniłam uśmiech.
-Z kim rozmawiasz?- odezwał się szatyn, który bacznie mi się przyglądał.
-Z naszą nową sąsiadką- puścił do niego oczko.
Chłopak uśmiechnął się do siebie po czym wyciągną do mnie dłoń.
-Jestem Justin.- uśmiechnął się do mnie uwodzicielsko.
-Lucy.- odwzajemniłam uśmiech. 

piątek, 8 listopada 2013

Prolog

   Czy przeznaczenie naprawdę istnieje? Czy to możliwe, że dwa inne światy, mimo przeciwności losu łączą się w jedno? Miłość jest bardzo silnym uczuciem, dzięki czemu nadaje codzienności urok. Kiedy wszystko się psuje, świat traci swoje barwy, w życiu dziewczyny pojawia się chłopak, który próbuje pokazać, jaką wartość ma życie i ile w sobie kryje. W taki sposób dwojga ludzi się do siebie zbliża. Dochodzi do tego, że nie widzą świata poza sobą, nie dostrzegają tego jak wielkie niebezpieczeństwo im zagraża. Odbija się to na zdrowiu dziewczyny. Wszyscy łączą swoje siły, by wrócić do dawnego życia, by w jakiś sposób jej pomóc. Dochodzi do tragedii. Rodzinie i bliskim pozostaje tylko nadzieja. 



Od autorki: Hej, to mój pierwszy blog, mam nadzieję, że kogoś zainteresuje, będę się starała rozdziały dodawać regularnie. Jeśli macie jakieś uwagi, chętnie wysłucham. Miłego czytania :*